O nas ...

O podróżach
Rowery
Wyposażenie
Kondycja
Nasze trasy
Pierwsza strona

E-mail Mateusz
E-mail Dominik

(c) Mateusz&Dominik

Kilka słów o przygotowaniu organizmu do wycieczki.

Ktokolwiek słyszy o długich podróżach rowerowych, mówi: "Ale to trzeba mieć kondycję". To nie jest tak do końca prawda. Faktycznie to dopiero przez pierwsze trzy dni jazdy człowiek "rozkręca się". Jazda wtedy jest bardzo męcząca i naprawdę trzeba dużo samozaparcia by pedałować. Później jest już  "z górki".
Oczywiście można, a nawet należy wcześniej poćwiczyć.
 

Jak my radziliśmy sobie z treningiem.

Przed pierwszymi naszymi wyprawami, bywało, jeździliśmy sporo bardzo krótkich tras (takich do szkoły czy do pracy, tj. 3-6 km), ale rzeczywistego treningu nie odbyliśmy.
Natomiast przed wyjazdem w Alpy nasze przygotowanie polegało na odbyciu kilku jednodniowych wycieczek. Nie były to może prawidłowe, długookresowe ćwiczenia kondycyjne lecz raczej testy naszych rzeczywistych możliwości.
Wyglądały one mniej więcej tak:

    1) Dwa miesiące przed planowanym wyjazdem, w jakąś sobotę, korzystając z nadarzającej się okazji, zabraliśmy nasze rowery do Szczyrku. Stamtąd wyruszyliśmy ( już na naszych "ognistych rumakach") i przez przełęcz Salmopol (ok. 900 m.npm.), a dalej przez Wisłę, Ustroń, Cieszyn i Jastrzębie dojechaliśmy do rodzinnego Radlina. W sumie, w kilka godzin pokonaliśmy 90 km.

    2) Miesiąc przed wyjazdem, też w sobotę, wczesnym popołudniem, tj. ok. godziny 13, wybraliśmy się na przejażdżkę do Brennej Leśnicy. Tam zatrzymaliśmy się tylko na pół godziny u mile zaskokoczonych znajomych    i ruszyli w drogę powrotną. Do Radlina wróciliśmy o zmierzchu, ale sprawdzian wypadł pomyślnie - 130 km to nie mało.

    3) Tydzień przed wyjazdem - egzamin. Wystartowaliśmy z Radlina       o godzinie 6:00, wykonaliśmy 135 km machania i dokładnie o 12:05 wjechaliśmy na rynek w Krakowie. Całkiem niezły wynik, chociaż nogi   nie chciały tego potwierdzić. Po jakiejś godzinie marudzenia podjęliśmy decyzję: jedziemy jeszcze do podkrakowskich Maszyc (ok.17 km) by odwiedzić koleżankę Dominika - Edytę, a potem wracamy do domu. Nasze nogi kategorycznie powiedziały "Dosyć!" pod Oświęcimiem, gdzie, na szczęście, złapaliśmy jeszcze pociąg do domu. Po tej wycieczce czuliśmy się dość zmęczeni, ale egzamin zdaliśmy. 220 km w ciągu dnia to nie byle co ...

    Do góry strony