    
Mateusz
Dominik
(c) Mateusz&Dominik
|
18.07
Freiburg (Fryburg) - Staufen, 23 km
Na
pierwszym kampingu
|
Uff. Wysiedliśmy z autobusu, wyciągnęliśmy nasze
rowerki z bagażnika i doprowadziliśmy do stanu używalności (były częściowo
zdemontowane). Jest już popołudnie, więc nasz cel na dzisiaj nie jest zbyt
ambitny - chcemy dotrzeć tylko do najbliższego kampingu na południe od
miasta. Po drodze próbujemy zrobić jakieś zakupy - udaje się to tylko do
pewnego stopnia, bo w sobotę po południu sklepy są pozamykane. Tak naprawdę
to wyprawa zacznie się jutro... |
19.07
Staufen - granica D/CH - Basel (Bazylea) - Dittingen, 89 km
;
Katedra
w Bazylei
|
No to zaczęło się. Pokonujemy pierwsze pagórki,
nastroje mamy doskonałe, jedzie się rewelacyjnie. Mamy kilkanaście kilometrów
do granicy ze Szwajcarią. Ciekawe, jak będzie wyglądała odprawa - w końcu
to nasza pierwsza w życiu granica międzypaństwowa przekraczana na rowerze.
A odprawa wyjątkowo bezbolesna - szwajcarski pogranicznik tylko macha "jechać".
Ciekawe, czy jest bardzo zdziwiony widząc z tyłu dumne tabliczki "PL".
Patrzy chwilę za nami, ale jego minę oglądamy tylko w lusterkach - jesteśmy
w Szwajcarii, w mieście i kantonie Bazylea. Urządzamy małe zwiedzanie miasta
- katedra (której trochę szukamy), ratusz, jakieś placyki i fontanny. Ogólnie
niebrzydkie miasteczko. Jedziemy dalej, na kamping znajdujący się gdzieś
w połowie drogi do Berna. |
20.07
Dittingen - Passwang 946 m. npm. - Solothurn - Bern (Berno), 102 km
Pierwsza
przełęcz
|
No cóż. Pierwsze spotkanie z górkami wykazuje
pewne braki w kondycji. A przecież górki na razie nie takie wysokie - okolica
przypomina nasze Beskidy. Podjazd jednak dość stromy. Nie można się jednak
poddawać - krótki odpoczynek regenerujący siły i w końcu pokonujemy pierwszy
istotniejszy punkt wysokościowy - przełęcz Passwang. |
| Krzywa nastroju wyraźnie się podnosi i już bez
problemów zmierzamy do Berna. W Bernie - stolicy kraju - jesteśmy wieczorem,
zwiedzamy w blasku zachodzącego słońca. Ładnie, nie powiem, ale wrażenia
stolicy nie robi. Nie jest to nawet takie dziwne - w porównaniu z Genewą
czy Zurychem Berno to małe miasteczko. |
Wbrew
napisowi to berneński teatr
|
21.07
Bern - Luzern (Lucerna) - Brunnen, 148 km
W
Alpach śnieg w środku lata to nie taka rzadkość
|
Dotąd męczyły nas wilgotne upały - nie najlepsza pogoda
do długotrwałego wysiłku. Z radością powitaliśmy więc ochłodzenie i deszcz.
Ale, ale. Ten deszcz to raczej oberwanie chmury - trochę za dużo chłodu
i wody w stosunku do naszych oczekiwań. Przeczekujemy pod daszkiem jakieś
dwadzieścia minut najgorszego deszczu i wiatru i jedziemy dalej - tak łatwo
to nas znowu rozpuścić się nie da.
Po drodze nie chce nam się wyjmować mapy - po części w obawie przed
zmoczeniem - i jedziemy według drogowskazów. Jednak to co dobre dla samochodów
nie musi być dobre dla rowerów - trafiamy na drogę szybkiego ruchu i musimy
ją jakoś objechać. |
Po drodze podziwiamy skutki niedawnej burzy - połamane gałęzie drzew, zalane
miasteczko (straż pożarna błyskawicznie zorganizowała objazd dla samochodów;
my naszymi rowerami przedzieramy się przez wodę, a raczej lawirujemy tak,
żeby za głęboko nie wpaść).
W końcu docieramy do Lucerny - z powodu wyboru nie tej drogi mamy gdzieś
1/2 godziny spóźnienia wobec planu, a więc zupełnie nieźle. Tylko dlaczego
w tej Lucernie tak zimno?
Już wiemy, dlaczego zimno - na ulicach leży jakieś
20 cm czegoś pomiędzy śniegiem a lodem. Pod koniec lipca! Ci, co straszyli
Alpami nie byli całkiem bez racji - w końcu to już wysokogórska okolica.
Lucerna nie leży co prawda wysoko, ale Jezioro Czterech Kantonów (Vierwaldstaedttersee)
nad którym jest położona otaczają góry, z których najwyższy jest dominujący
nad miastem (zwłaszcza przy ładnej pogodzie) Pilatus. Obok niego jeszcze
kilka szczytów ma więcej niż 3000 m. npm.
| Jest na raczej chłodno i mokro. Robimy fotki
z leżącym gradem (który pewnie spadłby nam na głowy, gdybyśmy byli nieco
wcześniej), fotografujemy słynny drewniany mostek (odbudowany po pożarze
z przed kilku lat) i zastanawiamy się co dalej. W końcu idziemy na pizzę
(elegancka pizzeria w centrum miasta - lepiej nie przeliczać, ile nas to
kosztowało). |
Słynny
stary/nowy mostek (Lucerna)
|
Najedzeni, ogrzani i podsuszeni ruszamy dalej wzdłuż brzegów jeziora. Pogoda
się poprawia a nam przybywa energii - najlepiej się wysuszyć w pędzie powietrza.
Wyjechaliśmy z Lucerny po 18:00 i pokonaliśmy jeszcze ponad 40 km,
do znajdującego się po drugiej stronie jeziora Brunnen. Po drodze podziwiamy
przepiękne wybrzeża alpejskiego jeziora. Zamglone szczyty gór widać znacznie
słabiej, ale nam i tak się podoba.
22.07
Brunnen - Schwytz - Einsiedeln - Pfaeffikon - Walenstadt, 101 km
Czasem
krajobraz był spowity mgłą (kanton Schwytz)
|
Trasę etapu ustawiamy tak, aby zahaczyć o Einsiedeln - położone w górach
sanktuarium Matki Boskiej, cel wielu pielgrzymek. O ile wjazd wypada nam
tą samą drogą, którą jeździ większość samochodów i autokarów, a więc stosunkowo
łagodną, to wyjazd bocznymi górskimi drogami daje popalić - znaki "stromy
zjazd 20%" a następnie "stromy podjazd 20%" są jak najbardziej adekwatne
do tego, co musimy pokonać. |
| Dobrze, że wybraliśmy taki a nie inny kierunek
jazdy - zjazdów okazało znacznie więcej niż podjazdów. Zwłaszcza końcówka
- jakieś 400-500 m różnicy poziomów na niewiele ponad 5 km drogi zrobiła
na nas niezłe wrażenie. Pod górę byłoby trudno ją pokonać a tak trzeba
było się tylko ze dwa razy zatrzymać, żeby wystygły rozgrzane od hamowania
felgi. Chwała v-mulcom - spisywały się na medal. |
Do
jeziora jeszcze jakieś 3 km i 300 m różnicy poziomów (dojazd do Pfäffikon)
|
Ale to nie koniec przeżyć na ten dzień - do przejechania został jeszcze
odcinek wzdłuż jeziora Walensee do Walenstadt. Łatwo powiedzieć - wzdłuż
jeziora. Stromymi brzegami poprowadzona jest autostrada - częściowo w tunelach.
Zwykła droga biegnie gdzieś wyżej, po górach. Trafiamy jednak na drogowskazy
dla rowerzystów - "Walenstadt". Nie bardzo nam się one z mapą zgadzają,
ale skoro Szwajcarzy piszą, że tędy, to z pewnością mają rację.
Rowerowa
autostrada wzdłuż Walensee
|
Mimo, że kierujemy się gdzieś między autostradę a brzeg
jeziora, czyli tam, gdzie żadnej drogi ma nie być. Cóż, ma nie być, ale
jest. Mapa jest w końcu samochodowa, a droga - specjalna dla rowerów. Biegnie
sobie wzdłuż autostrady - wystarczy przeskoczyć przez balustradę, żeby
znaleźć się na pasie dla samochodów. Z drugiej strony za balustradą mamy
jezioro - dróżka zawieszona jest nad urwistym brzegiem. |
| Skoro tak, to grzejemy - słońce już zachodzi, a źle się
szuka kampingu po ciemku. Ale co to - barierka w poprzek. Koniec ścieżki???
Unmöglich - to nie w szwajcarskim stylu. Rzeczywiście - ścieżka się nie
kończy, tylko skręca... w tunel wykuty wprost w skale. Tunel jest oświetlony,
ma wentylację i dobre kilkaset metrów długości. Wyjeżdżamy po drugiej stronie
autostrady, za chwilę ścieżka staje się szerokim poboczem lokalnej drogi.
Zdążyliśmy na kamping przed zmrokiem. |
Jezioro
Walensee już o poranku
|
23.07
Walenstadt - granica CH/FL - Vaduz - granica FL/CH - Klosters, 109
km
Zamek
książęcy z dołu prezentuje się niezbyt efektownie (Liechtenstein)
|
Odwiedzamy jedno z dziwniejszych europejskich państewek
- Wielkie Księstwo Liechtenstein. Położone jest w prawej połowie doliny
Renu oraz na okolicznych zboczach górskich. Ponieważ w górach to już niewiele
jest, całe państwo mieści się właściwie w dolinie o szerokości może 1-2
km. I tyle. Ale jest niepodległe, jest monarchią, a na turystach, którzy
przyjeżdżają zobaczyć to dziwo zarabia chyba całkiem nieźle. Mimo, że wcale
nie ma tak dużo do oglądania. |
Kilka spojrzeń na książęcy zamek gdzieś w górze, trochę alpejskich krajobrazów,
koniecznie kartki pocztowe do znajomych i jedziemy dalej. Planujemy w końcu
dojechać do Davos, a to ładne kilka setek metrów powyżej naszego aktualnego
poziomu i jakieś 40 km drogi pod górę (a jest już popołudnie i kilkadziesiąt
kilometrów w nogach).
Nie jest lekko - rowery z bagażem ważą w końcu swoje, a nasza wytrzymałość
nie jest nieograniczona. W końcu poddajemy się jakieś 10 km od Davos -
jest ciemno, pada deszcz a odcinek drogi przed nami wygląda na najbardziej
stromy na całej dzisiejszej trasie. Wracamy jakieś 2-3 km i nocujemy w
schronisku młodzieżowym w Klosters - to najdroższy nocleg na całej wycieczce.
24.07
Klosters - Wolfgang 1631 m. npm - Davos - Bad Ragaz, 71 km
Davos
Wolfgang 1631 m. npm.
|
Za dnia i z nowymi siłami kontynuujemy podjazd do Davos.
Okazało się, że wczoraj zabrakło nam dosłownie kilkuset metrów. Gdybyśmy
wczoraj wiedzieli, że jeszcze dwa czy trzy zakręty i droga robi się prawie
płaska... Ale nie wiedzieliśmy. Za to mamy najwyższy punkt naszej podróży
- przełęcz Wolfgang na przedmieściach Davos. Objeżdżamy miasteczko, podziwiamy
górskie widoki (jest ładna pogoda, doskonała widoczność i naprawdę piękne
góry). |
| W oddali kusi przełęcz Fluela - prawie 2400
m. npm. Jechać, nie jechać? Przesądza argument o bolącym kolanie - zjeżdżamy
w dół. W końcu mamy zaplanowane jeszcze jakieś 2 tygodnie jazdy - szkoda
byłoby z powodu kontuzji wracać do domu pociągiem. Ale jeszcze tu kiedyś
wrócimy... Nie damy się przecież Alpom tak łatwo, zwłaszcza, że za przełęczami
czekają włoskie Dolomity. |
Na
uliczkach Davos
|
Wczoraj
było pod góre, dzisiaj za to w dół (zjazd z Davos)
25.07
Bad Ragaz - granica CH/A - Bregenz - granica A/D - Lindau, 104 km
Wieczorny
widok na jezioro Bodeńskie
|
Skoro nie przez Alpy do Włoch, to nad Jezioro Bodeńskie.
Opuszczamy gościnną dla rowerzystów Szwajcarię. Jezioro Bodeńskie to jezioro
trzech krajów: Szwajcarii, Austrii i Niemiec. W ciągu jednego popołudnia
zahaczamy o wszystkie, lądując ostatecznie na kampingu w niemieckim Lindau.
Za to po zainstalowaniu się jedziemy do kościoła i na kolację do austriackiego
Bregenz. |
26.07
Lindau - granica D/A - Reutte, 123 km.
Znowu
w Alpach!
|
Jedziemy przez południowe Niemcy kierując się w stronę
Austrii, do Salzburga. Jedziemy, jedziemy... Nieciekawa jakoś ta Bawaria.
Jedziemy, jedziemy... Ale ileż można po takich marnych pagórkach, jeżeli
właśnie wróciło się z okolic naprawdę wysokich gór. I jeszcze jakieś trzy
dni tak mamy jechać? Około południa - szybka decyzja - skręcamy na południe.
Zamiast Salzburga - Innsbruck. Jeszcze raz na spotkanie z Alpami. Zaraz
wraca radość życia, zwłaszcza że kamping wypada znowu w górach. |
27.07
Reutte - Fernpass 1210 m. npm - Innsbruck, 93 km
Kolejne podjazdy pokonujemy z nową energią. Nie jest z nami tak źle,
jak mogło się wydawać. Na Fernpass podjeżdża się całkiem sympatycznie.
A na górze?
Zawsze wiedziałem, że mam zdolnego brata, ale żeby aż tak? Podnosząc
oparty na skarpie, prawie leżący rower udaje mu się zgiąć bocznie tylną
obręcz. I to całkiem solidnie - zbyt mocno, żeby dało się wyprostować zwykłym
podciąganiem szprych. Na pobliskim parkingu urządzamy sobie polowy warsztat.
Procedura jest równie prosta, co czasochłonna - wyjąć koło, naciągnąć (przy
pomocy rąk i nóg) w kierunku pożądanego kształtu, założyć, spróbować skorygować
kręcąc nyplami, znowu wyjąć i od początku. A na parkingu kupa ciekawskich,
przyglądających się naszym wysiłkom bardziej lub mniej dyskretnie. Wszystkich
jednak przebija wycieczka niemieckich emerytów, którzy nawet nie próbują
kryć tego, że chcą się pogapić. Niektórzy są nawet towarzyscy:
- Alles gut? - pyta jeden
- Ja, natürlich - odpowiadam grzecznie.
- Alles klar? - za krótką chwilę następny
- Ja, alles klar - staram się ukryć swoje zirytowanie (w końcu już
jakąś godzinę prostujemy to koło, i jeszcze trochę roboty zostało)
- Alles kaputt? - dla odmiany za chwilę pada pytanie.
- Ja, alles kaputt - to jedyna odpowiedź, na jaką potrafimy się zdobyć.
Za to po niecałych dwóch godzinach wysiłków obręcz zostaje przywrócona
do stanu prawie idealnego. Jedziemy dalej. Dojeżdżamy do Innsbrucka, na
przedmieściu mijamy kamping w przekonaniu, że w centrum jest jeszcze jeden.
Po drodze pani w Tourist Information wyprowadza nas z błędu - musimy się
wrócić na mijany przed chwilą kamping, w dodatku położony obok lotniska.
Na szczęście - chyba z powodu złej pogody (deszcz i mgła) - ruch samolotów
właściwie zerowy. A może mamy taki dobry sen, że nawet odrzutowiec nie
jest w stanie go zakłócić?
28.07
Innsbruck - Brennberpass 1375 m. npm - granica A/I - Chienes, 106 km
Deszczowy
Innsbruck
|
Rano, w deszczu, szybkie zwiedzanie Innsbrucka.
Mało udane - mży deszcz, a słynny Złoty Daszek w renowacji - zasłonięty
jest płótnem, na którym na rysunku... Złoty Daszek. Rozpoczynamy kolejną
podczas tej wyprawy wspinaczkę. Nasz cel to przełęcz Brenner - granica
z Włochami. Podjazd wydaje nam się zadziwiająco łatwy - przynajmniej w
porównaniu z drogą do Davos. Może to kwestia nastawienia psychicznego,
może korzystniejszej pogody (chłodniej). |
| Zjeżdżamy na stronę włoską, w dziwną okolicę zwaną Południowym
Tyrolem. Dziwną dlatego, że dwujęzyczną i łatwiej tam się dogadać po niemiecku
niż po włosku. Na kampingu zostajemy - przez pewnego starszego Rzymianina
- obdarowani dowodami sympatii w postaci piwa i Coca coli. Miły prezent
trzeba przyznać... |
Najwyższy
wiadukt Europy mijamy dołem i podziwiamy z boku (Europabrücke)
|
29.07
Chienes - Sella di Dobbiaco 1219 m. npm - granica
I/A - Steinfeld, 140 km
Z
Dobbiaco niedaleko już do Cortiny d'Ampezzo - niestety, my nie mamy po
drodze
|
Mijamy po drodze ciekawy punkt - Sella di Dobbiaco - dział
wodny pomiędzy morzami Adriatyckim i Czarnym. Tutaj? Przecież to
na zachód od Adriatyku, a gdzie tam Morze Czarne. Ale parę kilometrów od
punktu, w którym się znajdujemy swoje źródła ma rzeka Drawa. A rzeka Drawa
wpada do Dunaju, a Dunaj do Morza Czarnego. |
| Chyba nic nie pokręciłem, ale dość dziwna ta geografia.
Za to z naszego punktu widzenia ten pomysł z rzeką Drawą jest całkiem niezły
- możemy złapać się jej koryta i jechać prawie płaską doliną mimo, że wokół
wysokie góry. Drawa będzie nam towarzyszyć aż do Chorwacji. Wygląda na
to, że koniec ze stromymi podjazdami, choć Alp jeszcze całkiem nie opuszczamy.
Dobrze, powoli zaczynałem mieć dość podjeżdżania pod kolejne górki, a tu
droga prawie płaska, za to krajobrazy fantastyczne. Podziwiamy wapienne
skały Dolomitów - gdzieś w oddali wystają szczyty ich najwyższego pasma
- Marmolady. |
Wciąż
towarzyszą nam alpejskie szczyty
|
Niestety, nie jest tak do końca dobrze. Chociaż miejscowość Steinfeld,
którą upatrzyliśmy sobie na nocleg leży nad rzeką, nie znaczy to, że kamping
też jest tak korzystnie (tzn. przy płaskiej drodze) położony. Wręcz przeciwnie
- okazał się leżeć gdzieś w połowie zbocza - wg. naszej oceny chyba z 200
- 300 m. ponad poziomem doliny. Przejechanie tych dwóch czy trzech kilometrów
z centrum wioski do kampingu zajęło nam chyba z pół godziny, a pierwsze
pytanie właścicielki na nasz widok mówiło wiele: "To wyście tu wyjechali
na tych rowerach?"
30.07
Steinfeld - Villach - Klagenfurt - St.Kanzian, 146 km
Drawa
w Dobbiaco to strumyk, ale szybko zamienia sie w
potężną
rzekę
Szybko pokonujemy kolejne kilometry. Szykuje się bowiem wyraźna odmiana
w charakterze trasy. Po pierwsze wyjeżdżamy z Alp, po drugie wjeżdżamy
do krajów o jakby innym nieco charakterze. Ale to jeszcze nie dzisiaj.
Dzisiaj tylko - chcąc ominąć drogi o dużym natężeniu ruchu - trochę pobłądziliśmy
i na kamping dojeżdżamy po ciemku. Po drodze ostatnie alpejskie miasteczka
i doliny. Nocleg jeszcze po stronie austriackiej, ale wśród tubylców są
też mówiący po słoweńsku - do granicy jest stąd prawie rzut kamieniem.
31.07
St.Kanzian - granica A/SLO - Maribor - Hoce,
117 km
No to jesteśmy na granicy austriacko-słoweńskiej. I mamy pierwszych
pograniczników, którzy się nami zainteresowali. Celnik pyta o pieniądze
- karta Visa wyraźnie go uspokaja. Za to policjant (o fizjonomii takiej,
jakby go właśnie z partyzantki wypuścili i w mundur wtłoczyli) zaczął się
interesować zawartością naszych torebek - przy pasku i na kierownicy. Udawał
groźnego, ale zdaje się, że po prostu był ciekawy, co też się na takiej
wycieczce wozi. Odkrył woreczek z resztką proszku do prania. Co to? Heroin?
Kokain? Ale dość łatwo dał się przekonać, że to Persil.
W pewnym momencie zaczął się przyglądać też naszemu "głównemu" bagażowi,
ale na szczęście zrezygnował.
 Podziwiamy
uliczki
i ciekawostkiMariboru
Pod wieczór znaleźliśmy się w Mariborze - drugim co do wielkości mieście
Słowenii. Ze swoją kameralną atmosferą robi ono bardzo sympatyczne wrażenie.
Ale nie mamy zbyt dużo czasu - chcemy dotrzeć na kamping zaznaczony
na mapie jakieś 20 km na południe od miasta.
Problem polega tylko na tym, że żaden z indagowanych tubylców, w tym
taksówkarzy, nic nie wie o kampingu! Mimo to znajdujemy zaznaczoną na mapie
miejscowość, licząc, że na miejscu to już nie będzie problemu. Myliliśmy
się... Kamping w końcu się znalazł - okazał się być kawałkiem podwórza
za miejscową gospodą/motelem, chyba rzadko wykorzystywanym sądząc z idealnego
stanu trawnika.
1.08
Hoce - granica SLO/HR - Varazdin - granica HR/SLO
- granica SLO/H - Lenti, 129 km
Maribor
to nie jedyne godne uwagi miejsce w Slowenii
(Ptuj)
Dzisiaj całkiem sporo granic państwowych, jak na jeden dzień. Ale wcześniej
- zaskoczenie. Na słoweńskiej wiosce po raz pierwszy płacimy kartą Visa
przy pomocy elektronicznego terminala. Dotąd wszystkie "karciane" rachunki
były papierowe, mimo że przebywaliśmy w rzekomo bardziej cywilizowanych
okolicach. Dziwny jest ten świat...
Wjeżdżamy do Chorwacji. Okolica wyraźnie biedniejsza, niż w siostrzanej
Słowenii. Rozpadające się domostwa, slumsy. I elektroniczny terminal do
karty kredytowej na stojącej w szczerym polu stacji benzynowej, na której
zaopatrywaliśmy się w napoje (nie, nie w benzynę, nie pijamy benzyny).
Miasteczko Varażdin okazało się być stosunkowo sympatyczne, niestety w
sobotnie popołudnie zupełnie wyludnione. Na krótko powracamy do Słowenii,
by tego samego popołudnia przekroczyć granicę węgierską.
Kto zgadnie, jaka jest różnica między Węgrami a wszystkimi innymi odwiedzonymi
krajami? Otóż podstawowa. Za żadne skarby nie można się tam prawie z nikim
dogadać. Nie dość, że język ojczysty mają taki, jaki mają, to jeszcze
mało kto zna jakiś cywilizowany język obcy. Żeby dowiedzieć się, o której
jest Msza św. lokalnym kościele (oni nawet godziny piszą po swojemu, np.
8:30 to 1/2 9) uderzyliśmy w końcu - po nieudanych próbach dogadania się
z tubylcami - do domku z jedynym swojsko brzmiącym napisem - "Plebania"
(dosłownie, tak tam stało. Ksiądz okazał się być człowiekiem światowym
i łamaną niemczyzną wyjaśnił nam, że najbliższa Msza za pół godziny. No
to my pędem na kamping, rozbijamy namiot i wracamy. A po mszy...
Po mszy jakiś gość w średnim wieku patrzy na mój rower i pyta ostrożnie
"Slowenia?" (zobaczył przylepioną na pamiątkę na boku ramy naklejkę SLO).
Odpowiadam równie niepewnie (no bo w jakim języku do gościa mówić) "Ne,
Polska" równocześnie ciężko główkując, jak w tym dziwnym języku jest "Polska"
(a jest "Lendyelorszag" czy jakoś podobnie - prawda, że każdy by na to
wpadł ?)
Jednak zanim sobie przypomniałem usłyszałem - "Polska? Ilonka, chodź
tutaj!" No cóż, nie po raz pierwszy okazało się, że nasi są wszędzie...
Facet okazał się być, jak się przedstawił "Niemcem urodzonym na Śląsku"
i od lat 60-tych mieszkającym w Niemczech, a Ilonka - polską nastolatką,
córką jego znajomych, którą ów gość zaprosił na wakacje. A nas pod pretekstem
drobnej pomocy zaprosił na kolację.
2.08
Lenti - Keszthely - Balatonfüred, 138 km
W
upale niebieski hydrant niemal ratował życie
|
Dzień pod znakiem upału. Jedziemy z utęsknieniem oczekując
na choćby słaby powiew. Gdy w końcu zawiało - to był gorący wiatr. Na szczęście
we wioskach można czasem spotkać niebieskie hydranty (w odróżnieniu od
czerwonych - przeciwpożarowych). Niebieski hydrant ma to do siebie, że
wystarczy nacisnąć, i leci zimna woda prosto z wodociągu. Takie hydranty
ratowały nam życie, ale i tak pełne zmoczenie, bez wykręcania starczało
na jakieś 15 minut - po takim czasie człowiek znów był suchy jak wiór. |
Ale nad Balaton dojechaliśmy. A Balaton, jak to Balaton
- malownicza okolica z interesującymi pagórkami, lekka mgiełka unosząca
się nad wodą i starodawne ciuchcie wożące turystów na przemian ze współczesnymi
pociągami (tą samą linią kolejową). Woda na pierwszy rzut oka nieciekawie
zamulona, za to ciepła jak zupa.
Do kąpieli wybieramy prysznic - przynajmniej woda klarowna. |
Na
deptaku w Keszthely
|
3.08
Balatonfüred - Szekesfehervar - Erd, 122
km
Czy
można nie wykąpać sie w Balatonie o wschodzie słońca?
Wstajemy ok. 5:00 rano i idziemy się jednak wykąpać w Balatonie. Wyjechać
trzeba wcześnie, bo znośna temperatura do jazdy kończy się ok. 10:00 -
potem już tylko upał. Żyjemy dzięki hydrantom i innym źródłom zimnej wody
do polewania się (np. toalety na stacjach benzynowych).
Zawsze wolałem, jak mi było za ciepło, niż za zimno, ale wszystko ma
swoje granice - ok. 17:30 wielki termometr na stacji benzynowej pokazuje
39 C. Już po ciemku trafiamy na kamping w podbudapesztańskim Erd, po drodze
łamiąc jakieś zakazy poruszania się rowerami - jak się okazało nie po raz
ostatni.
4.08
Erd - Budapest - Esztergom - granica H/SK - Santovka, 132 km
| Z Erd do Budapesztu nie da się przejechać inaczej, niż
łamiąc zakaz wjazdu rowerów. Tubylec (uwaga: mówiący po angielsku - rzadko
się to zdarzało) poradził nam, żebyśmy nic sobie z tego nie robili - i
tak nie ma innej drogi. No to jechaliśmy wbrew przepisom i nic szczególnego
się nie zdarzyło (a spróbowalibyśmy tak w Szwajcarii...). |
Widok
na Parlament ze Wzgórza Zamkowego
|
Szybkie zwiedzanie Budapesztu, częściowo tylko w formie widoku ze Wzgórza
Zamkowego (bardzo ładnie widać stamtąd panoramę miasta i niektóre obiekty,
jak choćby Parlament) i jedziemy - mamy w planie jeszcze dzisiaj opuścić
krainę palącego niemiłosiernie słońca... Trochę szkoda, że tylko pół dnia
mogliśmy przeznaczyć na to bardzo ładne miasto, ale trudno - nie można
mieć wszystkiego. Gdy wyjeżdżamy z miasta, jest już po 14:00 - trudno będzie
zdążyć przed zmrokiem na zaplanowany popas już po słowackiej stronie Dunaju...
Granicę zamierzamy przekroczyć w Esztergom (nb. bardzo ładna katedra tam
jest, przynajmniej z zewnątrz - nie wystarczyło czasu na dokładniejsze
zwiedzanie).
Po drodze po raz kolejny wjeżdżamy pod zakaz wjazdu rowerów, po czym
mijamy patrol policyjny tak zajęty kierowcami złapanymi na radar, że nawet
na nas nie spoglądają. Poza tym robimy sobie zimny prysznic z węża na stacji
benzynowej - sympatyczna obsługa patrzy na nas trochę z sympatią, trochę
z politowaniem (jeden z pompiarzy okazał się być Słowakiem, z którym nawet
dało się dogadać - próbował nas na piwo namówić).
| W Esztergom okazało się, że mapa samochodowa odnotowuje
przejście graniczne, i owszem, ale - czego nie zauważyliśmy - nie odnotowuje
mostu przez Dunaj. Przeprawa okazała się być promowa, a my stanęliśmy po
raz kolejny przed barierą informacyjną - jak dowiedzieć się, o której (i
czy w ogóle jeszcze dzisiaj) odpływa jakiś prom. |
Katedra
w Esztergom od strony Dunaju
|
Barierę udało się pokonać, udało się nawet znaleźć kantor, który wymienił
nam parę marek na forinty po zbójeckim kursie (wyjeżdżaliśmy w końcu z
Węgier, więc rezerwy waluty nie przewidzieliśmy) i znaleźliśmy się po stronie
słowackiej. No to posuwamy na kamping - ściemnia się już, trzeba się spieszyć.
A na miejscu dowiadujemy się, że kamping to owszem... był jeszcze w zeszłym
roku. Nocujemy na ustronnej łączce.
5.08
Santovka - Kremnica - Martin - Vrutky, 154 km
W
małym słowackim miasteczku
Oj, chyba czujemy już powiew domu. Jedzie się nam doskonale, kilometry
mijają szybko. Po drodze mijamy (z dość daleka) sławetną elektrownię atomową
w Mohovcach. Potem jeszcze podjazd do Kremnicy, podczas którego robimy
postój pod wiejskim sklepikiem i wzbudzamy małą sensację wśród okolicznej
młodzieży (takiej bardzo młodej - na oko 10-12 lat), jak również pewne
zainteresowanie nieco starszego pokolenia. Podjazd uciążliwy, bo stromy
i w dodatku czasem smrodząca niemiłosiernie ciężarówka wyprzedza, ale mimo
tych drobiazgów każdy miłośnik górskich okolic i krajobrazów musi czuć
się świetnie.
Pod Kremnicą znajduje się punkt uważany przez Słowaków za środek Europy,
ale i tak wiadomo, że Polacy mają swój środek, Niemcy swój i Litwini też
- wszystko zależy, kto, co i jak mierzy.
6.08
Vrutky - Cadca - granica SK/CZ - Cesky Tesin (Cieszyn)
- granica CZ/PL - Radlin, 148 km
Uff, co tu dużo mówić - wreszcie w domu. Rodzinka wita nas uszczęśliwiona,
a my możemy wreszcie trochę odpocząć. Jak to dobrze, że do pracy dopiero
za trzy dni...
|